WISŁA 1200 – EPILOG II

Ostatni opuszczam metę

Jest poniedziałkowy poranek – 15 lipca. Budzę się sam w namiocie organizatora. Jest nadzwyczaj cicho i spokojnie. Wisła 1200 – edycja 2019 przeszła do historii. Jako ostatni uczestnik opuszczam metę. Na zewnątrz pogoda dopisuje – jest piękne bezchmurne niebo. Mam świadomość, że powoli, leniwie trzeba wracać do „normalnego życia”. Gdyby „Kiero” dał do końca tygodnia urlop… ale nie dał… w czwartek o godzinie 7.00 trzeba wstawić się do roboty. Z jednej strony, jest myśl aby wrócić rowerem do Suwałk – z drugiej, rozsądek mówi, aby wybrać pociąg, odpocząć i uporządkować kilka rzeczy. Ostatecznie decyduję się, aby pojeździć po okolicy, zrobić parę zdjęć, odwiedzić Westerplatte, zobaczyć Polskie morze – tak, nigdy w życiu nie byłem nad morzem i ok., godz. 16 wsiąść do pociągu w stronę Ełku.

Luźna jazda po Gdańsku

Robię sobie pamiątkowe zdjęcie przy napisie „GDAŃSK” i wybieram się na wycieczkę wzdłuż rzeki Motławy, przepływającą przez „Główne Miasto” – reprezentacyjną dzielnicę Śródmieścia. Opuszczam wyspę Ołowianka, przejeżdżam obok Mariny Gdańsk i odbijam w ulicę „Długie Ogrody” by w pobliskiej Biedronce, naprzeciw kościoła św. Barbary zrobić zakupy na dzisiejszy dzień. Następnie wracam sobie z powrotem, tym razem na wyspę Spichrzów i kontynuuję swoją wycieczkę wzdłuż Motławy. Po jednej stronie mam „zabytkowy charakter miasta” po drugiej – nowoczesne „szklane domy”.

Dochodzę do „zielonego mostu”, robi się coraz bardziej tłoczno – ale jakoś mi to nie przeszkadza – ważne, że nie ma śmierdzących, srających, wkórzających gołębi jak przy Bazylice Mariackiej w Krakowie. Przechodzę na drugą stronę rzeki, w „bramie” widzę okolicznych „grajków” – którzy odtwarzają główny motyw z filmu „Piraci z Karaibów” – do tego miejsca pasuje idealnie.

Wkraczam na słynny plac „Długi Targ” i zatrzymuję się przy wystawie poświęconej pamięci Pawła Adamowicza – zamordowanego 6 miesięcy wcześniej prezydenta tego miasta. Szkoda człowieka – dobrego człowieka.

Westerplatte

Jadę dalej aż do „Złotej Bramy” by potem udać się w trasę na Westerplatte – nie ma opcji, chcę to miejsce odwiedzić. Przejeżdżam jeszcze obok Stoczni Gdańskiej, by po kilkunastu minutach dotrzeć w to historyczne miejsce – symbol wybuchu II wojny światowej a także niezłomnej i bohaterskiej postawy stacjonujących tu wtedy żołnierzy. Zatrzymuję się przy pomniku, napisie „Nigdy Więcej Wojny” a także słowach – skróconej wersji, której pełną treść przedstawiam poniżej – papieża Jana Pawła II jakie skierował on do młodzieży 12 czerwca 1987r.,

„Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych”.

Powrót do domu

Odwiedzam jeszcze okoliczną plażę, chwila relaksu i wracam z powrotem w okolice Śródmieścia. Jak to bywa z ciekawymi miejscami – Gdańsk wymaga konkretnego zwiedzania przez parę dni, zarówno za dnia jak i nocą – na pewno będę chciał tu wrócić. Śródmieście mnie zachwyciło swoimi zabytkami, kanałami, klimatem! Westerplatte skłoniło do myślenia, zachęciło do zapoznania się z historią a także spuścizną, jaką dla następnych pokoleń zostawił papież Jan Paweł II. Jednak trzeba wracać do domu. Po 16 wyruszam pociągiem „PKP – Rybak” do Ełku by ostatnie 65km dzielące mnie od domu pokonać rowerem. Przygoda dobiegła końca.

Wisła 1200 – EPILOG I

The sound of silence

Niedziela, ostatni dzień Ultramaratonu Wisła 1200. Wszystko już się dokonało. Ostatni uczestnicy zjeżdżają na metę. Zdecydowana większość rozjechała się do domu. Ja ten dzień mogę podsumować jednym słowem – wyciszenie. Wszystkie emocje ze mnie zeszły, zmęczenie też dało o sobie znać. Wiem, że to już koniec. Powoli wychodzę z trybu „wyścigu” i tego całego wydarzenia a wracam do „prawdziwego życia” które toczy się swoim trybem.

Tak naprawdę, to przez cały dzień kręcę się w pobliżu namiotu organizatora. Odpoczywam, chwytam chwile, obserwuję. Funduję sobie podziwianie widoków z koła Amber Sky, na dole zaczynają się przygotowania do prezentacji piłkarzy Lechii Gdańsk na nowy sezon. Po godzinie 15 przyjeżdża ostatnia trójka Wiślaków – to jest prawdziwe podium tego wyścigu – jak to rzeknie Organizator. Godzinę później meta zostaje zamknięta.

Po godzinie 18 wybieram się pieszo w stronę Bazyliki Mariackiej, idę sobie na spokojnie, podziwiam widoki, robię zdjęcia – to miasto mnie zachwyca! Miałem być tylko na mszy, ale dziś – 14 lipca, mija 6 miesięcy od śmierci prezydenta miasta Gdańsk – Pawła Adamowicza. Po Eucharystii jest koncert muzyki kameralnej w jego hołdzie. Słucham z uwagą, na koniec udając się w miejsce, gdzie została złożona urna z prochami.

Wychodzę z kościoła. Wracam sobie na spokojnie, do namiotu organizatora, podziwiając miasto, które o tej „biało” nocnej porze wygląda obłędnie. Zachwyt, radość, szczęście, pokój, wyciszenie.

WISŁA 1200 – DZIEŃ 8

Atak szczytowy

To mój ostatni dzień na Wiśle 1200. Do pokonania zostało ponad 150 km. Nastawiam się na walkę i jazdę do samego końca – bez względu na wszystko! Dziś chcę osiągnąć metę i zmieścić się w 8 dni. Każda, nawet ta najwspanialsza przygoda musi kiedyś dobiec końca.

Wstaję przed 6.30, szybko się ogarniam, opuszczam hostel, robię zakupy na drogę i po godz., 7.30 zaczynam swój ostatni etap, który mam nadzieję zakończyć w Gdańsku. Jest pochmurno i widać, że poprzedniej nocy popadało. Sama trasa wiedzie przez Cytadelę, która o tej porze jest pusta i spokojna. O Grudziądzu mogę napisać jedno – podoba mi się tutaj, to miasto ma swój charakter.

„I znowu jedziemy po kurwałach – i mam w dupie akurat, że jest jakiś widoczek. Ja chcę dojechać do Gdańska i zakończyć tą Wisłę. Już nawet widok taki nie zachwyca – jest bo jest. „

Z biegiem czasu robi się cieplej, pojawia się słońce, wiatr nie dokucza. Warunki sprzyjają jeździe – jest tak „w sam raz”, aby spokojnie skończyć i dojechać. Jestem zmotywowany jak nigdy do pokonywania kilometrów, jazda „turystyczna” i robienie zdjęć schodzi na dalszy plan.

Jadąc po wykoszonym wale, trochę klnę bo takie odcinki spowalniają i po 8 dniach ma się ich nieco dość. Jednak mimo generalnej powtórki z różnych dróg i rodzajów nawierzchni po których się dziś poruszam, mogę z powodzeniem „odszczeknąć te słowa”. Gdyby widoki nie zachwycały, to bym zdjęć nie robił – a wy byście nie mieli co oglądać. W pamięci zapadły mi bele słomy na łąkach pod wałem, jazda przez pola dorodnego zboża przed Gniewem, czy mosty i Wisła w Tczewie. Poza tym jadę twardo przed siebie, robiąc małe przystanki na krótki odpoczynek lub zakupy.

W dzień 7 i 8 najwięcej materiału mam nagranego kamerką sportową z samej jazdy, w filmikach daję nie raz długie monotonne ujęcia – bo właśnie tak mi te dwa dni zapadły w pamięć. Już nie ma zwiedzania, turystycznej jazdy, jest długotrwałe, konsekwentne parcie do przodu. Nie mam chwil zwątpienia, jednak chcę to już skończyć – po powrocie, nie raz zatęsknię, by tu wrócić.

Demony atakują na łąkach i polach za Tczewem

Na ten odcinek nastawiałem się „jak na wojnę”. Ponoć tutaj miało być kolejne poważniejsze spowolnienie na trasie i to wtedy, gdy do mety zostaje tak niewiele. Na łąkach za Tczewem jestem tyko ja i droga, która prowadzi blisko rzeki. Nie zatrzymuję się, jadę konsekwentnie jak najdalej…

…i wtedy właśnie atakują demony. Powracają złe wspomnienia, uwalniają się tłumione emocje. Myślę o osobach (głównie z rodziny, choć nie tylko) i ich słowach, postawach, zachowaniach, sytuacjach, zdarzeniach które mnie zraniły czy wkórwiły. Dokonuję projekcji w swojej głowie, uwalniam tłumioną agresję, niechęć, nienawiść. „Dopalam” się tym złym paliwem. Wiem, że nie muszę już nikomu nic udowadniać – nie warto. Kto będzie chciał, to i tak zignoruje twoje wysiłki czy osiągnięcia – zdepcze, stłumi, zaneguje drzemiący potencjał i to co masz w głowie. Skreśli bezwarunkowo, dożywotnio.

Fakt, że człowiek im starszy, tym więcej rozumie i mniej osobiście/emocjonalnie odbiera takie rzeczy to jednak gdzieś to siedzi i tam w serduszku kłuje. W głowie mam okres od technikum (bardziej) do końca studiów (mniej), który łatwy nie był i w którym moja wiara (zarówno w Boga jak i samego siebie) oraz pewne wartości, ideały, zasady podupadły. „Pewne obwody zostały spalone” – a drogi odcięte.

Jedno jest pewne – demony zaatakowały i zaatakują jeszcze nie raz. Natomiast ten ultramaraton pokazał, że warto walczyć, warto stawiać sobie cele i się rozwijać. To, co najcenniejsze przetrwało.

Przygoda dobiega końca…

Tak naprawdę przed wyruszeniem na trasę Wisły ani w trakcie trwania wyścigu nie „chwaliłem się” – tj., nie publikowałem żadnych treści na swoim Facebooku w stylu, że „przygotowywuję się, czy biorę udział” w takim wyzwaniu. Zarówno koledzy, jak i rodzina nie wiedzieli o moich planach. Zdjęcie przy ujściu Wisły było pierwszym momentem, kiedy dałem znać, że jestem na urlopie i powoli kończę swoją przygodę.

Osiągając ujście Wisły byłem spełniony i szczęśliwy. Swój cel już osiągnąłem. Przemierzyłem całą Polskę od „gór aż do morza”. Ojciec Dyrektor w Wigilię Startu mówił, że po drodze zobaczymy „same cuda” a pokonanie tej trasy po raz pierwszy będzie dla Nas przeżyciem wartym tego wysiłku – nie pomylił się.

Po drodze dojeżdża jeszcze trzech uczestników na FatBika-ch z którymi nie raz mijałem się na trasie. Są wspólne zdjęcia, łyk ruskiego szampana oraz świętowanie. Naprawdę piękna, piękna, piękna chwila którą będę wspominał do końca życia.

Meta!

Dojazd do Gdańska, to była czysta formalność. Chociaż ostatnie kilometry przemierzałem z lekką niecierpliwością. Gdzie jest meta? Wydaje się być tuż za zakrętem. Zastanawiałem się tak od rubieży Gdańska, aż do wyspy Ołowianka, na której przy wielkim kole widokowym, był ustawiony namiot organizatora. W tle zapętliłem sobie utwór The Bill-a – Piosenka o Wiśle, który wg., mnie powinien być hymnem tego ultramaratonu.

Wjazd na metę już znacie. To taka „wisieńka na torcie”. Punkt końcowy drogi, która rozpoczęła się od pierwszego filmiku Bushcraftowego z edycji 2018. To właśnie wtedy „odpaliłem”, przypomniałem sobie o dłuższych wypadach rowerowych i postanowiłem wziąć udział w edycji 2019.

Po otrzymaniu złotych kalesonów, gratulacji, koszulki itp., udaję się na kolację. Schabowy i piwerko smakują jak nigdy! Siadam do stołu, wszystkie emocje powoli opadają. Razem z innymi uczestnikami świętuję szczęśliwe dotarcie do mety oraz swój osobisty sukces. Czas 180 godzin i 33 minut oraz zajęte miejsce są mało ważne.

Zostaję na noc w namiocie organizatora, rozmawiam z Ojcem Dyrektorem i osobami, które są na mecie. Jest cisza, spokój, spełnienie. Korzystam z chwili. Pewien etap dobiegł końca.

WISŁA 1200 – DZIEŃ 7

Pobudka w lesie 20 km od Torunia

Wstaję przed 8 – rozbiłem się w lesie, obok trasy – krótkie pogadanko do aparatu i ruszam w dalszą drogę. Na Dzień dobry mam do pokonania 20 km, które dzielą mnie od granic Torunia. Teraz już oficjalnie stawiam sobie cel, aby zmieścić się w 8 dni. Jest dobrze! Pogoda i humor dopisują – jest ciepło i słonecznie a wiatr nie pizga. Z przemyśleń Wiślaka – „Wiesz, że to jest Wisła, kiedy jedziesz kolejny dzień i myślisz byleby jak najwięcej ujechać, byle szybciej na metę”. Chociaż czy aby na pewno? Widoki niby spowszechniały, jednak cały czas zachwycają. Znowu zatrzymam się tam gdzie chcę i ustrzelę kilka fotek oraz panoram – taka już moja natura.

Trasa po Polsce na kształt serca

Tuż po wjeździe do Torunia, za rzeką Drwęcą, spotykam ciekawą osobę. Chłopaka +/- w moim wieku, który jedzie turystycznie przez Polskę, po trasie, którą wyrysował na kształt serca – z miłości do ojczyzny. Nie ma GPS-a a zwykłą papierową mapę – szacunek! Ja po Wiśle robię się wygodny i używam nawigacji. Chwilę rozmawiamy – będzie jechał przez Suwałki, także można byłoby się spotkać. Niestety, wracając w tryb codziennej pracy, zapominam o tym – ale ta osoba i to spotkanie w pamięć mi zapadło – skoro o tym tutaj teraz wspominam.

Imperium Ojca

Oczywiście jazda prosto do centrum, ścieżką rowerową czy asfaltem nie byłaby w stylu Wisły 1200 i zamiast jechać ulicą „Turystyczną”, ślad odbija na ścieżki obok Wisły. Może nie jest to najłatwiejsza i najszybsza droga, za to najciekawsza. Znów pierwsze skrzypce gra przyroda. Po urozmaiconej drodze obok rzeki, wyjeżdżam na „cywilizowaną” ścieżkę, która następnie idealnie odbija w stronę Starego Miasta. Jest czas, aby chociaż trochę „liznąć” charakteru tego miasta. Ogólnie z przejazdu mam dobre i pozytywne wrażenia – chętnie bym tutaj wrócił, głównie ze względu na architekturę, która urzekła. Liczne miejsca i zabytki czekają, aby je odwiedzić i poznać ich historię. Lubię takie klimaty i chciałbym tu wrócić – na spokojnie.

Niby miasto Toruń kojarzy mi się z Radiem Maryja i ojcem Tadeuszem, ale tak naprawdę mało co z tymi tematami mam wspólnego. Bardziej w pamięci zapadł mi filmik „Aeroklub Pomorski” z początku grudnia 2007, który sprytnie łączy zdjęcia lotnicze z ukazaniem walorów miasta Toruń. Z drona to już nie to samo, lecz ten podleci niżej i bliżej 🙂

Trasa jak zwykle – przeplata asfalt i szutry

Dalsza część trasy dopisuje. Nie ma za bardzo na co klnąć. Pojawia się wiele odcinków asfaltowych a słońce przyjemnie ogrzewa. Dodatkowo włączam sobie wcześniej pościąganą „epicką, filmową, tudzież z gier” muzykę. Nastrój mam „bojowy” – byleby dalej przed siebie, w stronę mety. Czuję, że to przed ostatni dzień moich zmagań i już jutro chciałbym osiągnąć metę. W okolicach Starogrodu robi się pod górkę. Zaraz potem w Kałdusie wchodzę sobie na Górę św. Wawrzyńca, z której są ładne widoki, a niżej zjazd przez las.

  • JA: „Jak się filmiki na internecie oglądało to fajne się zdawało
  • Noo… wydawało się fajne… Witamy w rzeczywistości!”

Tuż po zjeździe spotykam jednego uczestnika Wisły 1200 który pyta mnie jak się zjeżdżało – jestem zdziwiony, że tutaj w ogóle się zjeżdżało bo ja spychałem rower. Opowiada mi o tym, co przed chwilą się stało:

„Ja przeleciałem przez kierownicę właśnie
Ja: – Jak?
Normalnie… Zblokowało mi koło, skręciło kierę i przeleciałem w krzaki”

Całe szczęście nic mu się nie stało. Chwilę rozmawiamy (dzięki za zgodę na możliwość wykorzystania całości w filmiku) by za chwilę znowu zmagać się z kolejnymi „kłodami” które rzuca nam ten ultramaraton pod koła – a dokładniej przenosimy rower przez powalone na trasie drzewo.

Po 18 jestem w Chełmnie – całkiem ładne „zabytkowe” miasto, zakupy, postój i ruszam w dalszą trasę po wale – trochę płyt betonowych, trochę wyjeżdżonej ścieżki. Jadę w kierunku Grudziądza, słucham muzyki i podziwiam zachodzące słońce nad Wisłą.

Spać czy atakować Gdańsk?

Tak naprawdę, to jeszcze przed Grudziądzem na wale zaczynam kombinować z noclegiem. Jechać po nocy, rozbijać się na dziko czy może poszukać czegoś „pod dachem”? Rozsądek wygrywa – warto byłoby być wypoczętym „przed atakiem szczytowym”. Tym bardziej, że od strony Chełmna widzę coraz większe zachmurzenie oraz błyskawice. W aplikacji burzowe.info także widać wyładowania i opady. Ostatecznie, po wyjechaniu z singletracków w Grudziądzu na plażę, ok., 22:30 szukam jakiegoś taniego hostelu – znajduję za 50 złociszy niecały 1 km od miejsca w którym wyjechałem. Powrót rano na trasę będzie szybki. O noclegu, powiem tyle: obsługa bardzo miła, porządna, cierpliwa – zarówno Pani, z którą rozmawiałem telefonicznie jak i ta młoda, która wręczyła mi klucze, mimo pory o której przyjechałem. Sam nocleg bardziej klimatyczny był w Kazimierzu, ale tutaj też jest ciekawa opcja na szybkie przekimanie po całym dniu jazdy – no i blisko trasy.

WISŁA 1200 – DZIEŃ 6

Późna pobudka

Kiedy jedziesz po nocy i chcesz wstać bez budzika, to licz się z tym, że wstaniesz późno. Szybko uwijam się z gadaniem do kamerki oraz majdanem by po godz., 10 wrócić na trasę. Kilometr 700 został złamany kosztem jazdy po nocy. Z taktycznego punktu widzenia, to może błąd gdyż lepiej jechać za dnia – jest bezpieczniej, więcej widać a zmęczenie to same. Gdy jednak serce mówi jedź – to jadę.

Zmiana optyki

Szóstego dnia na Wiśle 1200 zaczynam czuć smak rywalizacji i wyścigowe aspekty tego ultra-maratonu. Początkowo chciałem tylko bezpiecznie dojechać w limicie czasu, teraz chcę zmieścić się w 8 dni – czyli z zapasem 16 godzin. Tym bardziej, że zaczynam „wyprzedzać swój harmonogram” w którym wypisałem minimalne odległości do przebycia i miasta w ich okolicy. Pod pozycją 6 mam 768 km a większe miasto na 780 to Płock… Zamierzam dojechać dalej…

Im bliżej mety, tym relacja krótsza…

Pierwsze 4 dni obfitowały w panoramy a filmiki wideo było dość urozmaicone. Teraz po prostu jadę jak najdalej, głównie filmując kamerką sportową. Filmiki robią się coraz krótsze. Rekordowo mała jest też fotogaleria – tylko 18 zdjęć. Oko przyzwyczaja się do „widoków” jednak i tego dnia trasa zachwyci. Jeżeli chodzi o trasę, to mogę napisać jedno – standard. Wały, asfalty, płyty, szutry i trochę piachu.

Jako, że zdjęć i przystanków było dość mało, to tego dnia więcej czasu w relacji poświęcam ukazaniu różnych nawierzchni po których od samego początku wiedzie ten wyścig. Dłuższe, męczące nie raz ujęcia, bez dynamicznych cięć i stabilizacji obrazu. Tak wygląda codzienne wydzieranie kolejnych kilometrów i napieranie na przód do mety. Chyba też przyzwyczaiłem się do standardów trasy, bo i przekleństw jest jak na lekarstwo.

Marek Szufa [*]

Do Płocka wybierałem się kilka razy, jednak nigdy nie dane mi było tam zagościć. Zawsze na pokazy lotnicze jeździłem na: Mazury Air Show (Giżycko, jez., Niegocin/lotnisko Wilamowo pod Kętrzynem) – czyli odbywające się co roku największe cywilne, bezpłatne pokazy lotnicze w Polsce a także niebiletowane Europie oraz Radom – Międzynarodowe Pokazy Lotnicze o charakterze wojskowym, odbywające się co 2 lata. W Płocku również kilka razy odbywał się Piknik Lotniczy i głównie z tego kojarzę te miasto. Nie ukrywam, perspektywa i możliwość obserwowania przelatujących samolotów „z góry” nad taflą Wisły, czy obok publiczności była intrygująca.

Podczas właśnie takich pokazów, na V Pikniku Lotniczym 18 czerwca 2011r., zginął Marek Szufa – cieszący się szacunkiem oraz uznaniem pilot samolotów akrobacyjnych, wicemistrz w akrobacji szybowcowej oraz samolotowej, kapitan Boeinga 767. O doświadczeniu niech powiedzą cyfry: wylatane ponad 20 000 godzin na samolotach i 1000 na szybowcach. Podczas wykonywania akrobacji, w ostatniej sekwencji schodząc z wysokości nad poziom rzeczki z dużą prędkością uderzył swoim samolotem Christian Eagle II o taflę Wisły. Rok wcześniej widziałem jego pokaz nad jeziorem Niegocin w Giżycku na Mazury Air Show i zrobił na mnie duże wrażenie. Cześć jego Pamięci! Polecam zobaczyć odnośnik – wspomnienie o nim z innej imprezy.


W 2019, na VII edycji Płockiego Pikniku Lotniczego – 15 czerwca, zginął Niemiec Ralf Bureschowi, któremu nie udało się wyprowadzić z korkociągu samolotu Jak-51 i maszyna rozbiła się w wodzie. W obydwu tych wypadkach, przyczyną był błąd pilota.

Z ciekawych miejsc na trasie…

Za Płockiem się rozpogadza a przed Dobrzyniem nad Wisłą trasa wyprowadza w ciekawe miejsce, z dziką przyrodą i Wisłą po horyzont. Zatrzymuję się, robię parę zdjęć i sycę się tym widokiem. Dobre miejsce na biwak i odcięcie od miejskiego zgiełku. Natomiast za Dobrzyniem, czuję się jak w Suwalskim Parku Krajobrazowym – są wiatraki i obsiane zbożem pola.

Jazda nocą może być niebezpieczna…
Przy zachodzącym słońcu Włocławek mijam bokiem – miasto na pewno warte odwiedzenia. W Bobrownikach robię zakupy, rozmawiam chwilę z ekspedientką – widziała już wielu Wiślaków, jadą cały czas, w dzień i w nocy. Ja też dzisiaj zamierzam ujechać jeszcze trochę. Na zapadającą noc, odpalam czołówkę i muzykę w telefonie. Trzeba sobie dostarczyć bodźców, bo gdy człowiek jedzie o tej porze, to wyobraźnia działa i „mózg” fixuje. Tym bardziej, gdy trasa wiedzie przez las, jesteś sam a na końcu czeka Cię przeprowadzenie roweru przez dziurawy mostek – nogi mięciutkie a serce bije mocniej. W takim miejscu nie chcesz awarii ani innych złych przygód. Ostatecznie kończę swoją jazdę przed 24, rozbijając się w lesie. Zrobione 150 km. Do Torunia jest jeszcze 25 km – przy początkowej rozpisce, miałem to miasto osiągnąć pod koniec 7 dnia… Jest dobrze.

WISŁA 1200 – DZIEŃ 5

Wisła 1200… kolejny dzień… nie wiem który to już jadę… Zmęczenie… ból… ciągnę rower po sznurku… już nie daję rady…

Piąty dzień w trasie – powinien być kryzys a jednak humorek dopisuje. To co chciałem to sprawdziłem i osiągnąłem. Czuję, że jest dobrze. Jestem w połowie trasy i ani myślę rezygnować. Takie nastawienie bardzo się dzisiaj przyda, ponieważ odcinek do Warszawy będzie wymagający i jeśli patrzeć na kilometry oraz czas ich przebycia – to zniszczy on psychicznie. Oczywiście mówię tu za siebie, bo ktoś na Fatbike-u czy góralu, na lekko będzie miał sporo radości z trasy i pokonywanych kilometrów.

Noc spędziłem nocując na dziko, w krzakach na skraju Osiedla Wilga przy drodze 801. Poranny rozruch, standardowa relacja do aparatu – tym razem przy pomniku. Kiedy zamierzam wyruszyć w trasę, tak przed 8.30 dołącza do mnie trójka uczestników, którzy noc spędzili w tej samej miejscowości co ja, ale w bardziej cywilizowanych warunkach – ruszamy wspólnie w stronę Warszawy.

Dzika Wisła przed Warszawą…

Trasa do Warszawy to jest standard – dobrze znany z poprzednich dni. Betonowe płyty pod wałem, ubita droga, jazda po wykoszonym wale. Jednak są też fragmenty, gdzie zarośla Ciebie przewyższają i stale dostajesz czymś w twarz.

Ogólnie trasa wiedzie tuż przy samej Wiśle – jesteś tylko Ty i Ona wraz z otaczającą ją florą. Aż trudno uwierzyć, że tak blisko Warszawy, może być niesamowicie malownicza i dzika. To, że jest dzika, potwierdza ślad trasy – który ginie miejscami gdzieś w rzece. Tak, Wisła zabrała trochę gruntu przy okazji ostatniej „fali” pod koniec maja 2019r,.

Okoliczne miejscowości – które zdają się być tak blisko – mijamy bokiem. W sumie to nawet dobrze, bo „dobra droga to niekoniecznie ciekawa droga” a kilometry pokonane przed stolicą, zapadają w pamięć. I tyle, tu się nie ma co rozpisywać, tu trzeba zobaczyć zdjęcia a najlepiej przejechać samemu 🙂

Warszawa Wschodnia tak blisko…

Po mozolnym wydzieraniu kolejnych kilometrów, w końcu docieram do cywilizacji. Mijam sklep rowerowy, gdzie kupuję olej do łańcucha i dętkę. Właściciel był dobrze przygotowany na nasz przyjazd bo udostępnił bezpłatnie michę z wodą i szczotkę – co było po tym odcinku wybawieniem i napęd zaczął od razu lepiej działać a biegi zaczęły „wchodzić” jak trzeba. Przejeżdżam przez Wawer i Pragę. Mijam stadion narodowy…

Jeżeli jest jakieś miejsce, które kusi aby zrezygnować i wrócić do domu, to Warszawa jest jednym z nich. Od stacji PKP Warszawa Wschodnia jest rzut beretem, a stamtąd łatwo można wsiąść do pociągu który z przesiadką – lub bez – zawiezie Ciebie do domu. Kilka dni temu, kiedy jechałem na miejsce startu, to śmiałem się, żebym przypadkiem sam nie wracał stąd do Suwałk… Dziś nie myślę aby wracać… dziś myślę aby jechać… do samego końca… do mety w Gdańsku.

Nieoczekiwane wsparcie z zewnątrz…

Trzeba przyznać, że przejazd przez stolicę, jest sprytnie obmyślony. Gdyby nie charakterystyczne budowle, to człowiek nie pomyślałby, że to główne miasto Polski. Nie ma inwazyjnych skrzyżowań, nie trzeba przebijać się przez żadne „Stare miasto” czy „Rynek”. Jazda idzie sprawniej niż zakładałem.

Na koniec, za mostem Grota-Roweckiego czeka nas miły akcent. Jeden z kibiców zrobił „punkt wsparcia” dla zawodników. Są ciastka, czekolada, banany, soczek, pepsi a także możliwości dopompowania czy serwisu roweru. Stoimy, rozmawiamy – jest przyjemnie. Trzeba jednak ruszać dalej w trasę.

Ostatnia guma…

Żeby nie było za pięknie, to po ujechaniu 2 kilometrów łapię gumę – i to akurat kiedy już chciałem opuszczać Warszawę i atakować 700 km (za Modlinem). Jak się okaże, będzie to ostatnia awaria, od tego momentu pozostanie mi tylko jechać. Po 18.15 wracam do gry.

Przed 21 robię zakupy w Biedronce w Nowym Dworze Mazowieckim. Przez Twierdzę Modlin przebijam się kiedy jest już ciemno. Chcę przekroczyć 700 km trasy. Widok samolotów z zapalonymi reflektorami, które podchodzą do lądowania to coś, co pięknie kończy ten dzień i przyśni mi się jeszcze po maratonie.

Spotykam też jednego z uczestników i jadę z nim kawałek przez Rezerwat Zakole Zakroczymskie, ostatecznie swój bieg kończę po 1, niedaleko Czerwińska nad Wisłą. Zrobione 136,5 km.

WISŁA 1200 – DZIEŃ 4

Ten uczuć, kiedy myślisz, że jesteś na wycieczce a czas ucieka…

Nocleg pod dachem, w ciepełku, z łóżkiem ma taką zaletę, że można odpocząć, wyspać się, umyć, podładować sprzęt i podnieść swoje morale. Wada? – mi po kilku dniach spania na dziko, pod namiotem trudno jest się zabrać w dalszą trasę. Robię zakupy w okolicznym sklepie i powoli się zbieram. Ogólnie mam wrażenie jakbym był na luźnej, długiej wycieczce rowerowej a nie brał udziału w maratonie. Jednak czas na nikogo nie czeka i kiedyś trzeba się spakować by wyruszyć dalej. Opuszczam schronisko i wracam na trasę.

Schronisko młodzieżowe pod Wianuszkami w Kazimierzu Dolnym mogę z czystym sumieniem i pełnym przekonaniem polecić każdemu. Schludne, przyjemne, dobre, przystępne cenowo miejsce z miłą obsługą, które ma swój klimacik. Dodatkowo, znajduje się tuż przy samej trasie – jednak polecam zachować ostrożność, gdyż zanim do niego dotrzesz czeka Cię odcinek specjalny.

Kazimierz Dolny <3

Wracam na trasę, ukazują się zalety jazdy w dzień – piękny widok na Wisłę. Słonko świeci, ja wypoczęty, humorek też dopisuje. Na Rynku spotykam innych uczestników i jednego Pana mówiącego po angielsku z kobietą która jest tłumaczem. Pyta się nas o ten maraton – z chęcią odpowiadamy. Kazimierz Dolny to kolejne miasto warte odwiedzenia, które wywołuje uśmiech na twarzy, zachwyca swoim urokiem i klimatem. Tu też będę chciał wrócić i zatrzymać się na dłużej. Na trasie Wisły mamy Klasztor Ojców Franciszkanów oraz Sanktuarium Matki Boskiej Kazimierskiej. Przy rynku znajduje się kościół pw. Św. Jana Chrzciciela i Świętego Bartłomieja a dalej trasa wiedzie obok ruin zamku z XVI-XVII wieku. Jest pięknie – ja tam te widoki kupuję.

Dla urozmaicenia – zjazd drogą o nazwie Norowy Dół przypomina o tym, że jesteś na Wiśle. Nieco ponad kilometrowy odcinek przez lasek zapewnia atrakcje w postaci wyboi, kamieni i gałęzi. Trzeba uważać – zwłaszcza nocą. W tym miejscu cieszę się, że jednak pojechałem prosto na nocleg. Zjazd kończy się przy sklepie i schronisku młodzieżowym.

Spokojnie do Puław…

Ostatecznie z Kazimierza Dolnego wyjeżdżam parę minut przed 12, mając dosłownie nakręconych kilka kilometrów. Za to jest psychiczny luz, bo jestem wypoczęty, umyty, najedzony, nic mnie nie boli, telefon działa a sprzęt mam naładowany. Dołącza do mnie jeden z uczestników.

Tuż za miastem spotykamy Czecha, jadącego również Wisłę, któremu urwał się nypel i szprycha luźno sobie lata – a wyjąć jej nie można, bo jest od strony tarczy hamulcowej. Kolega pomaga a ja ogrywam. Zapas na „bicie koła” w ramie jest niewielki a jeszcze dostanie ono to dupie – i to nie raz.

Mimo tego, że późno wyjechałem to nadal beztrosko się zatrzymuję i robię zdjęcia oraz panoramy. Po raz kolejny cieszę oko widokami, podziwiam krajobrazy mając czystą radość z jazdy. Później są Puławy, w których trzymam się głównej trasy, focę to co jest po drodze i ruszam dalej.

Moją uwagę przykuwa jeszcze słup na którym są zaznaczone poziomy wody wraz z tabliczką informującą w jakim roku i miesiącu to było. Ostatnio w 2010 woda była bardzo wysoko… abstrakcyjnie wysoko, jeżeliby spojrzeć w oddali na tą spokojną rzekę…

Dęblin, wracam w to samo miejsce po 8 latach…

Im dalej na północ, tym zachmurzenie coraz większe. Jadę po wale i jest powtórka z rozrywki – podziwianie przyrody i robienie zdjęć. Tak spokojnie dojeżdżam do Dęblina, gdzie w okolicznej Biedronce robię zakupy i zdjęcie z innym „zabytkiem”. Przed powrotem na wał, zatrzymuję się przy moście i znaku Dęblin – czas na małą retrospekcję.

W 2011 roku, będąc po raz drugi w Radomiu na pokazach lotniczych – na które de facto pojechałem pociągiem – pomyślałem, że może by tak wrócić do domu rowerem… Miałem ze sobą atlas samochodowy Polski w skali 1:200 000 czy 250 000. Wyznaczyłem trasę odbijającą na wschód przez Dęblin, Międzyrzec Podlaski, Siemiatycze, Białystok, Sokółkę… Głównie po drogach głównych. Jechałem całość swoim pierwszym Wagantem, od którego zaczęła się cała moja przygoda z tego typu rowerami – co ciekawe, rama nad korbą już wcześniej mi pękła, ale majster pospawał i jakoś nie martwiłem się tym, że nie dojadę. I tak pokonałem swój pierwszy dystans „ultra”. W nieco ponad 50 godzin zrobiłem 472 km. Dziś wróciłem w to samo miejsce – chciałbym też wrócić do tego Roberta, sprzed lat… do tego co miałem w głowie… dziś mi brakuje tej wiary i „iskry” co miałem kiedyś. Jednak Wisła, to dobre miejsce by tą iskrę na nowo wskrzesić…

Kryzysu nie ma, jest pokój i pogodzenie ze sobą…

Jadę dalej, mam „pokój” w sercu i spokój ducha. Nie ma żadnego kryzysu, myśli o rezygnacji. Napierniczam przed siebie. Deszcz mnie w końcu „dopada” ale jako, że mam odpowiednią kurtkę i spodnie to nie robi na mnie większego wrażenia. Dodatkowo w pewnym momencie sprowadzając rower z wału, przebijam przednią oponę – nic z tego sobie nie robię, wymieniam i jadę dalej. „Co ma być to będzie” – pełne zaufanie i myśl, że co by się nie działo, trzeba sobie z tym poradzić. Nie denerwują nawet dziurkowane, betonowe płyty na których rower wydaje rytmiczne dźwięki.

Zbyt szybko kończy się ten dzień i tylko 100 km…

Ogólnie dzień ten kończy się dość szybko. Nie braknie sił a czasu. Myślę gdzie zrobić nocleg. Deszcz pada, w osiedlu Wilga są niby miejsca noclegowe, jednak po 22 postanawiam się rozbić przy drodze w krzakach na dziko. Zasypiam ubrany w to co mam.

WISŁA 1200 – DZIEŃ 3

Nawet nie wiesz, kiedy wykręcisz rekord…

„No i to jest Wisła 1200 – dzień trzeci. Śpisz gdzie chcesz, robisz noclegi gdzie chcesz. Chcesz to jedziesz, nie to se odpoczywasz.” Poranne przywitanie do kamery zaliczone. W takich chwilach człowiek nie żałuje, że podszedł „oblężniczo” do tego maratonu. Cisza, spokój, duża swoboda w wyborze noclegu – zjeżdżasz obok trasy w krzaki i już jesteś w miejscu docelowym. Nie musisz niczego planować, rezerwować, martwić się o miejsca czy gnać na siłę.

Przed kamerą marudzę: „Jeżeli jest taka ścieżka dobra to musi być przejebane – tylko nie wiem gdzie – ale musi; to jest Wisła.” Fakt – będzie, ale nie dziś. Trasa nieznana, zaskoczy mnie… i to bardzo pozytywnie. Tego dnia wykręcę ponad 210 km (drugi dystans w skali tego roku w ogóle) a przy tym zrobię wiele panoram i zdjęć. To taki dzień, kiedy wszystko gra, cieszysz się jazdą – poza sporadycznymi wkórwami, widokami i dzielisz tą przygodę razem z innymi.

Kiedy widzisz worki z piaskiem na wale to czujesz szacunek dla tej rzeki…

Gmina Pacanów – od mitycznego Pacanowa do którego po całym świecie podróżował Koziołek Matołek dzieli mnie z 9 km, dlatego robię zdjęcie przy tablicy – trochę „beczę” – i jadę dalej. Oczywiście asfalt kiedyś musi się skończyć, ale dalsza droga też nie jest specjalnie gorsza – zwłaszcza, jeżeli przy okazji zaprowadzi Ciebie w ciekawe miejsca. Choćby nad sam brzeg Wisły, gdzie jesteś tylko Ty i okoliczna dzika przyroda. Czasem warto się zatrzymać, odetchnąć od zgiełku miast i chłonąć te widoki.

Całe szczęście, że sama rzeka płynie łagodnie i nie ma wysokiego poziomu, bo są miejsca, które niszczą psychicznie. Choćby to, kiedy na wale widzę ułożone worki z piachem, mające za zadanie zatrzymać wodę. Sięgają one na całą wysokość koła. Teraz realnie czuję respekt do tej rzeki. Zwłaszcza, że okoliczne tereny są dosyć „płaskie” co sprzyja zalewaniu dużych obszarów. Nie chcę myśleć co by było, gdyby poziom Wisły był na tyle wysoki, że stanowiłby zagrożenie dla okolicznych domostw jak i samych uczestników.

„Skoszony” ślad GPS i kombinowanie…

Przy elektrowni Połaniec łapie mnie pierwszy poważniejszy wkórw. Jadę asfaltem, widzę, że ślad ucieka mi coraz bardziej w prawo, także cofam się, szukam innej drogi i okazuje się, że ślad ucieka mi w lewo. Szukam właściwej ścieżki i żadna nie pasuje a znając Wisłę – jeżeli obok jest gorsza droga do jazdy, to jest to właściwa droga. Ostatecznie kręcę się z 23 minuty, jadąc obok asfaltu, cofając się i jadąc dalej „chwilę po śladzie” który znów mi ucieka – wszystko po to, aby pokonać dobrze nieco ponad 1 km. Co ciekawe, cały błąd występuje na odcinku gdzie jest położona elektrownia. Denerwuję się i klnę a potem jadę dalej.

Docieram do kolejnego mostu pod którym wiedzie trasa. Myślę, a co mi szkodzi – przepcham rower i zrobię zdjęcie. Widzę czwórkę stojących pod mostem dzieci i w dużej mierze wysuszone dno koryta rzeki – trochę to abstrakcyjne.

Ojca Mateusza nie ma, ale i tak jest zajebiście…

Jak wypromować miasto, stworzyć z nim dobre skojarzenia i przyciągnąć do niego turystów? To proste! Trzeba nakręcić tam serial! Oczywiście sam Sandomierz stanowi tło, dla rozgrywających się wydarzeń w serialu Ojciec Mateusz a większość scen we wnętrzach jest realizowana w Warszawie i okolicach to i tak sam wjazd powoduje zaciesz na twarzy. Co ciekawe, można tu też trafić jadąc po wschodnim szlaku Green Velo, przebiegającym także przez Suwałki i Suwalszczyznę.

Trasa Wisły 1200 w Sandomierzu poprowadzona jest idealnie przez Stare miasto i Rynek. Jest poniedziałek, ludzi mniej – ciszej, spokojniej a architektura zachwyca. Jest klimat i wiem, że będę chciał tu wrócić. Znowu nie ma co się rozpisywać – tu trzeba przyjechać, zatrzymać się i kontemplować.

Na rynku jest też poczta, gdzie spotykam dwóch „Wiślaków” odsyłających część swojego ekwipunku do domu. Takie odciążanie roweru przed wjazdem w trudniejszy teren. Ja nie odsyłam nic – widok jednego obładowanego „zabytku” na tle dwóch mocniejszych, porządnych, lekko zapakowanych rowerów jest dość groteskowy.

Góry Pieprzowe – przepieprzone wpychanie ale widoki pikne…

Tuż za Sandomierzem znajduje się kolejny odcinek specjalny – góry Pieprzowe. U ich podnóża są gęste zarośla z widokiem – po prawej stronie – na jakiś kanał. Przebijam się z rowerem, dostaję gałęziami w twarz, cedzę soczytse „Kurwa!”. Potem nadchodzi czas wpychania roweru pod górę – jakich przełożeń by nie użyć – tu nie da się podjechać. Ja ze swoim Wagantem nawet nie klnę, bo brakuje mi tchu i tylko ciężko sapię. Dobrze, że jest sucho – po deszczu to dopiero byłaby tutaj „zabawa”. Widok na okolicę i Sandomierz (Stare Miasto) w pełni wynagradza podjęty wysiłek – naprawdę i nic więcej nie trzeba tu dodawać.

Powódź maj 2010…

Temat powodzi i zalewania dużych połaci terenu jest dla mnie obcy – przecież w Suwałkach rzeka Czarna Hańcza nie wyleje – jest za mała. Jednak gdy teraz spokojnie siedzę, piszę tą część relacji to po drodze przeglądam zdjęcia i materiały video z powodzi w maju 2010, która zalała m.in., prawobrzeżną część Sandomierza oraz okoliczne miejscowości. Trudno to ogarnąć, trudno pojąć i wyobrazić. W dużej mierze, zamieszkały obszar jaki widać z gór Pieprzowych był zalany. Nawet nie chcę myśleć, co musiały przeżywać osoby, które bacznie obserwowały wzrastający poziom Wisły a potem woda zalewała ich domy i cały dobytek życia… Brak słów… To tylko taka refleksja, by oprócz sportowego, czy krajoznawczego aspektu tego ultra-maratonu pochylić się też nad niszczycielską potęgą żywiołu i związaną z nią tragedią tysięcy ludzi. Więcej informacji i zdjęcia w odnośnikach poniżej.

https://www.twojapogoda.pl/wiadomosc/2019-05-26/9-lat-temu-sandomierz-zmienil-sie-w-wielkie-jezioro-ktore-bylo-widoczne-nawet-z-kosmosu/?fbclid=IwAR2OzK_FoMLpQ6IIgwrGQtTJ7EHXqHJmnrsPbTVt5cRjt6d19mxWlSS62-0

https://www.rmf24.pl/foto/zdjecie,iId,209612,iAId,12661?fbclid=IwAR1IewaBFPHqjnXZNFk5C0BhbvGIU-2-Pl2sErcpqTRebQWhPqpsrMg5R5o

Nokia zdycha…

Na Wiśle warto mieć parę niezawodnych i sprawdzonych rzeczy przy sobie, np., rower, ekwipunek, gps czy choćby telefon. Pierwszego dnia, korzystając z map google w smartphonie – w tym porady lokalsa – szybko i sprawnie znalazłem i dojechałem do sklepu rowerowego, by naprawić awarię. Tym razem zatrzymałem się by zrobić zdjęcie, włączyłem LTE i… telefon się zawiesił. Próbuję go kilka razy zresetować jednak nic nie działa. Normalnie bym wyjął baterię, jednak ta jest zabudowana. Telefon z GPS-em i dostępem do internetu to bardzo przydatna rzecz. Pozwala na zaklepanie sobie noclegu, znalezienie pomocy w kryzysowej sytuacji, uwiecznienie pięknych widoków – czy samego siebie – a także nawigowanie po trasie. Smartphone odzyska życie dopiero w nocy, jak dojadę do Schroniska Młodzieżowego. Tego też dnia, stwierdzam, że chrzanię robienie relacji na stravę i zapisywanie trasy. Garmin eTrex 30x kupiony tuż przed Wisłą prowadzi mnie niezawodnie do samego Gdańska.

Zamiast batonika zjedz malinę 😉

Jadąc sobie na spokojnie, trafiam na kilku uczestników, którzy zatrzymali się przy „lokalsach” sprzedających maliny z roweru – widok jak dla mnie niecodzienny. Trzy lub dwie zamontowane na tylnim bagażniku kobiałki pełne malin – nic tylko brać. Lepsze to niż batoniki i inne energetyczne, słodkie rzeczy, które powoli się „przejadają”. Ogólnie dalsza trasa też malina, pnie się w górę, po asfalcie – także są i ładne widoki. Nie ma co narzekać – trzeba jechać!

Byłem w Dorotce…

Jako, że moim celem jest przejazd Wisły a nie ściganie się, to i mam większy luz przy robieniu postojów w miejscach, które mnie zainteresują. Jednym z nich, jest Kaplica św. Doroty w miejscowości Dorotka. Cały rys historyczny, jest opisany na zdjęciu – kto chce, niech zerknie. Nie wiele dalej trafiam na kapliczkę z 1891r,. Choć z kościołem i wiarą nie mam obecnie za wiele wspólnego to takie miejsca szanuję. Wiem, że związana jest z nimi konkretna historia pojedynczych rodzin jak i nie raz całych społeczności a wspólnota parafialna wraz z wiarą w Boga są elementem ją scalającym.

Jechać solo jest fajnie ale to w ekipie tworzą się najlepsze historie…

Jadę sobie dalej, trafiam na grupkę Wiślaków, prześcigam, jadę dalej utwardzoną drogą pod wałem. Zatrzymuję się zrobić kolejne zdjęcia i panoramę. Wpada dwójka, potem kolejna szóstka. Chwila odpoczynku i przy zachodzącym słońcu lecimy dalej – jak się okazuje, aż do Kazimierza Dolnego. Skoro Oni mają taki plan, to ja się podczepiam! Noga podaje, humor dopisuje – także trzeba jechać. Jazda większą ekipą „odmula”, daje nową energię i stanowi silny bodziec do dalszej i szybszej jazdy. Ostateczne grupa dzieli się przed Kazimierzem, gdzie jest trochę zjazdów i podjazdów. Widoki pewnie ładne – ja widzę tyle, co oświetli czołówka.

Nie masz planu na nocleg – to już masz!

Po 23 wjeżdżam do Kazimierza Dolnego – bez żadnego planu na nocleg i bez sprawnego telefonu. Zaraz trafiam na parę która jedzie razem Wisłę, znaleźli nocleg w Schronisku Młodzieżowym. Dołączam do nich! Trzeba się umyć, odpocząć i podładować sprzęt. Melduję się sam w pokoju 6 osobowym – tyle wygrać. Kończę ten dzień – gps pokazuje ponad 209 km a czas w „ruchu” – na rowerze – 12 godzin i 21 minut! Nokia odpala…